Dni, których nie znamy.

Myśli, które mnie nachodzą.

Archiwum: ‘Wojaże i podboje’

Między Pacyfikiem i Atlantykiem

Kwiecień 03, 2016 @ 21:16 napisał(a): Beata Kategoria: Wojaże i podboje nie ma komentarzy →

Jurek przeszedł w kolejną dekadę – teraz ma szóstkę z przodu.
Ojejejej… i lepiej nie będzie…

Ale bierzemy życie jak idzie. Czego nie możemy zmienić, to akceptujemy i staramy się zrobić najlepsze z danej sytuacji.
I tak ta szóstka pozwoliła Jurkowi wybrać cel na świecie, gdzie chce (-my) jechać.

Z biurem podróży, z którym byliśmy już w Wietnamie, wybraliśmy się do Ameryki Łacińskiej, od Meksyku do Panamy. Po drodze były nam jeszcze Gwatemala, Honduras, El Salvador, Nikaragua i Kostaryka.
Cztery tygodnie trwała podróż, 12 osób liczyła grupa, 5000 km przejechaliśmy różnymi autobusami lądem (i 1-godzinny przelot w Panamie) i łodziami po rzekach, jeziorach i zatokach, 7 przewodników nas prowadziło, nocowaliśmy w 20 hotelach, moczyliśmy się w Pacyfiku i w Atlantyku, zrobiliśmy milion i trzy kilo zdjęć…

Nazbieraliśmy wiele wrażeń, które potrzebują czasu, żeby się poukładać w głowie. Każdego dnia były nowe przeżycia, informacje się nakładały. Po trzech dniach, nie wiedzieliśmy, co było przedtem.
Dopiero zdjęcia w połączeniu z moim pamiętnikiem (przebieg, notatki, ciekawostki) sortują wszystko w całość.
Jak mozaika, która po czasie układa się w logiczny i harmonijny obraz.

Pojechaliśmy w świat razem z naszymi sąsiadami – przyjaciółmi. Kiedy opowiedzieliśmy o naszych planach, natychmiast się napalili. Ok, ruszamy razem. Miejmy nadzieję, że wrócimy też razem…
Takie myśli mieliśmy czasem przed wyjazdem. Jakże niepotrzebnie!! Urlop minął tak samo bezproblemowo i sympatycznie jak nasze codzienne życie. Spędziliśmy cztery tygodnie intensywnie razem, ale bez zobowiązania, że muszą być razem.
“Trzeci” sąsiedzi doglądali nam przez miesiąc dwa domy – za to dostali 23-letni rum Zacapa z Gwatemali i zaprosiliśmy ich na fajną kolację – podziękowanie i okazja do opowiadań.

Zobaczyliśmy siedem krajów.
W Meksyku byliśmy już 5 lat temu, parę rzeczy się powtórzyło. O rany – na drugim końcu świata, nawet byśmy nie myśleli, że drugi raz tam kiedyś zajedziemy… Tulum, Chitzen Itza, Uxmal – znaliśmy, ale było znów ciekawie. Palenque było nam nowe.
Jurek wchodził na wszelkie możliwe piramidy i nie mógł się nacieszyć z własnej kondycji. Miał dowód, jakie efekty osiągnął przez pracę nad sobą, sport, dietę, zrzucenie wielu kilogramów.
Meksyk i Gwatemala – to świat Majów. Ale dziś to kraje bardzo zaśmiecone.
Kostaryka – to przede wszystkim natura. Kraj bardzo czysty, zadbany, klimat znośny. Wielu Europejczyków się tam osiedla.
Nikaragua – w ostatnich 10 latach szeroki rozwój, nowoczesne miasta, ekologia. Zaskoczenie.
El Salvador – ciekawe miejsce Majów było niestety zamknięte. Poza tym zwiedziliśmy tylko ślady wojny w latach 90-tych.
Honduras – tylko jeden dzień. Copan – miasto Majów, restauracja oświetlona jak choinka i kelnerki noszące dania na głowie – to kilka z wrażeń.
Panama – spotkanie ze szczepem Indian, Kanał Panamski, nowoczesna skyline, las banków, który wyrósł tylko w 40 lat.
I wszędzie ludzie, którzy na uśmiech reagują uśmiechem – język, który otwiera prawie wszystkie drzwi świata.

“Hajlajty”? Oooo! wiele!!

– Zobaczyliśmy podziemne jezioro w Meksyku.
– Cała grupa załadowała się na stojąco na ładownię pickupa i objechaliśmy miasteczko w Gwatemali.
– Wczesnym rankiem (pobudka o 4:30) popłynęliśmy promem rzeką z A do B. Prom był nieco większy niż nasz autobus (a my w środku). U celu autobus haczył tyłem przy zjechaniu z promu – więc musieliśmy po burcie wysiadać z busa i z promu, na brzeg.
– W hotelu w dżungli mieszkaliśmy w drewnianych domkach, ze szparami w drzwiach na centymetry. A koło domku baraszkowały trujące neonowe zielone żaby.
– W innym hotelu – też drewniany domek – stonoga usadziła się na suficie nad moją głową. Ooo! nie!! tak to ja nie śpię! Jurek ją wyeksmitował w botanikę.
W takich hotelach szliśmy nocą tylko w butach do łazienki… Gekony były prawie zawsze współlokatorami w hotelach w naturze.
– Z Meksyku do Gwatemali płynęliśmy łodziami ok 30 min rzeką i … wysiedliśmy w dzikim miejscu, na piachy, pod górkę. Jedynie nowa przewodniczka czekała na nas na kamieniu. Walizki nam tubylcy donieśli do autobusu, który dowiózł nas paręset metrów do baraku – to był punkt graniczny.
– Z El Salwador do Nikaragui mieliśmy płynąć przez zatokę. Ale był odpływ, więc dowieziono nas do wody wozami, po 6 osób, na napęd przez dwóch ludzi (ciągacz i pchacz). W metrowej wodzie przesiedliśmy się z wozów do łodzi i płynęliśmy prawie 3 godziny. Dopłynęliśmy do dzikiej pustej plaży z czarnym piaskiem, mętną wodą i miliardem małych meduzek. Obok wysokiego zmurszałego pomostu… kazali nam wyskakiwać do wody (prosto w te meduzy, beee…). W podskokach biegliśmy przez gorący piasek do cienia. Walizki nam łodziarze przez plażę donieśli, ale dalej musieliśmy je sami ciągnąć przez piach, kurz i kozy, ok 300 metrów do małego budynku – to była granica Nikaragui.
– Widzieliśmy wiele aktywnych i śpiących wulkanów. Masaya w Nikaragui mieliśmy obejrzeć z bliska – jest taras nad kraterem, gdzie można patrzeć, jak się w środku gotuje. Ale w połowie lutego jego aktywność tak się podniosła, że zamknęli wszelki dostęp. Mogliśmy tylko z daleka fotografować się z dymem. Aktywny wulkan Arenal w Kostaryce, do 2011 magnet turystyczny (widoczne erupcje, płynąca lawa), trochę się uspokoił, za to budzą się okoliczne inne wulkany.
– W Kostaryce chodziliśmy po wiszących mostach, przez rzekę, w kronach drzew.
– Objedliśmy część owocową kakao i obślinione ziarnka położyliśmy do fermentacji (haha, dla następnej grupy?), a ja mieliłam na kamieniu ziarno kakaowe – z którego piliśmy później napój.
– “Ooo! banany jadą!” Kilometrowe plantacje bananów. Nagle zamyka się szlaban przez ulicę i wiszące kiście bananów jadą z plantacji do pakowalni.
– Czapla zostawiła mi przed wschodem słońca rybkę na werandzie na jeziorze.
– Pracujące dzieci… sprzedają orzechy, pamiątki, owoce, chłopcy noszą walizki. Myśli moralne trzeba porzucić – sytuacji nie możemy zmienić, a te dzieci przykładają się do dochodu rodziny. Rano szkoła, popołudniu praca, albo odwrotnie.
– leniwce, nasua, legwany, jadowita żmija, trujące żaby i ropucha, kajman, krokodyl, czaple, sepy, tukany, gniazda wikłacza, dżungla, lasy deszczowe, drzewa obrośnięte masowo storczykiem, tilandsją i bromelią, różnorodne gatunki ozdobnych bananów – kwiaty, banany kuchenne – codzienny dodatek do jedzenia…

Nasza grupaMeksyk: cenote - podziemne jezioroMeksyk: piramida MajówGuatemala: TikalGuatemalaGuatemalaHonduras: CopanNikaragua: GrenadaKostarykaKostarykaKostarykaPanama

Nic nie chcemy zapomnieć – wszystko będzie opisane w albumie, jak zawsze.

W przyszłym roku ja “trafię szóstkę” (ach, tak przypadkiem…) i ja wybieram cel wyprawy. Moim celem jest Namibia – przekroczymy ekwator, zaliczymy Afrykę i nie musimy strzępić języka, bo tam się mówi po niemiecku.

Kuba, Guantanamera, cygaro i rum

Maj 07, 2015 @ 20:24 napisał(a): Beata Kategoria: Wojaże i podboje nie ma komentarzy →

“Neckermann macht`s möglich” = Neckermann umożliwia. Nam też umożliwił… cofnięcie  się do czasów naszych mokrych pieluch 🙂

Każdy chyba kojarzy Kubę z kolorowymi amerykańskimi oldtimerami. Tak, tak jest i to nie na dawnych zdjęciach tylko na dzisiejszych ulicach, bo na Kubie czas się zatrzymał, zegary stanęły wraz z rewolucją w 1959.
Mieliśmy różne oczekiwania, ciekawość, niepewność… Im bliżej urlopu, tym więcej czytaliśmy negatywnych rzeczy. Ok, podkręcamy wyobrażenie. Im mniej oczekujemy, tym mniejsze będzie rozczarowanie.

No i wróciliśmy. Pełni wrażeń i wspomnień, w posiadaniu 3 tysięcy zdjęć (przeróżnej jakości, zredukują się, haha), dość czarni (co nie leży w braku mydła). I wcale nam się nie chce wracać do pracy…
(więcej…)

Ryż i słomiane kapelusze.

Marzec 07, 2014 @ 22:31 napisał(a): Beata Kategoria: Wojaże i podboje nie ma komentarzy →

W zeszłym roku zasmakowaliśmy Azji, trzeba było dalej – do Wietnamu.
Moim marzeniem od dawna było zobaczyć Zatokę Halong i Angkor Wat w Kambodży. Jurka zarazić tą myślą nie było trudne, na koniec był przekonamy, że to jego marzenie. No i dobrze, tak musi być.

Już wiosną wybraliśmy cel. Szybki kontakt z biurem podróży, który ja znalazłam w internecie, a Jurek “sprawdził” – ok, tu możemy nasze pieniądze urlopowo inwestować. I  nie zostaliśmy rozczarowani.
Objazd Wietnamu od Hanoi i Zatoki Halong, przez Hue, Hoi An, Sajgon, do Kambodży z Angkorem – optymalnie!

Biuro Take off już w przedbiegach robiło dobre wrażenie. Dużo podróżujemy, ale tak nie byliśmy jeszcze nigdy przygotowani.
Wstępne informacje (organizacyjne i o kraju) były obszerne, nawet podano nam uczestników. No… tu można by się trochę sprzeczać o tajemnicę danych, ale dla nas fajnie, bo zaraz poszukaliśmy (i znaleźliśmy) sobie naszych współurlopowiczów w internecie. Acha… 8 osób – mała grupa, w naszym wieku, fotografia, wykłady o podróżach, sympatyczne buzie – ok, pasuje.
Jednak dwie osoby odmówiły przed wyjazdem i tak spotkaliśmy się u celu w szóstkę – grupa mała, ale ocho!! Harmonizowaliśmy do końca, bez problemów i konfliktów. Co nie jest oczywiste, bo przecież trafiliśmy na siebie z przypadku.
19 dni, 6 lotów, 9 hoteli, 5 przewodników (miało być 4, ale jeden został po dwóch dniach zastąpiony) – wszystko funkcjonowało sprawnie i bezbłędnie. To co było w ludzkich rękach.
Na co nikt nie miał wpływu – była pogoda. Cieszyliśmy się w zimny styczeń na zapłacone ciepło. A tu po dwóch dniach się oziębiło, akurat na Zatokę Halong (gdzie spaliśmy na statku) – było zimno!! marzliśmy, poubieraliśmy co mieliśmy i mieliśmy nadzieję na następne loty w kierunku południa. Trochę jeszcze trwało, ale potem nam przygrzało 35 stopni. Hurraaa!!!

19 dni… (więcej…)

Wiesbaden

Wrzesień 21, 2013 @ 8:08 napisał(a): Beata Kategoria: Wojaże i podboje nie ma komentarzy →

Jurek zgotował mi niespodziankę. Zdradził tylko, że pojedziemy do Wiesbaden (70 km) na jakieś przedstawienie “kulturalne, ale takie coś innego”. Oooook.

Ruszyliśmy już popołudniu, żeby pochodzić po mieście, obejrzeć trochę centrum, wypić kawę w belgijskiej kawiarni i potem zjeść tajlandzką kolację.
Wiesbaden jest stolicą Hesji, a jutro są wybory. Ale pasuje! Koło Landtagu było pełno samochodów transmisyjnych, wszelakich radiostacji. Trzeba było podejść, zrobić zdjęcia – takiego dnia już nie będzie. Bo za cztery lata będziemy starsi, pewnie nie będziemy w Wiesbaden, może będzie padało…

Przypadkowo trafiliśmy na Placu Zamkowym na ciuchcię obwożącą turystów po mieście. Jedziemy? A jo!!

No i już byliśmy w drodze. Wzdłuż ulic i kościołów, ratusza i największego na świecie zegara z kukułką. Ale najfajniejsze było Słoneczne Wzgórze (Sonnenberg). Jest to “lepsza” dzielnica, położona wysoko nad miastem, z widokiem na cały horyzont. Mieszkają tu tylko dobrzy ludzie, a niektórzy za bramami i monitorowanymi płotami. Za jedną taką nawet prezydent Hesji. Było też wiele pięknych, starych i nowych, stylowych willi. Wow!! Można by się przyzwyczaić. A kiedyś mieszkali tu też Johan Wolfgang Goethe, Martin Niemöller i paru innych wybitnych. No pewnie, jak patrzyli z tych wysokości, to im się dobrze działało.
Jeszcze rosyjska cerkiew z wysiadaniem na zdjęcia. Chciałam wejść do środka, ale przeoczyłam, że akurat była msza i w spodniach nie wolno wchodzić. Przy drzwiach pan pilnowacz od razu mnie cofnął. (więcej…)

Tirol 2013

Wrzesień 10, 2013 @ 19:58 napisał(a): Beata Kategoria: Wojaże i podboje nie ma komentarzy →

No i znów czekaliśmy na urlop, liczyliśmy dni. Tak się fajnie przewijają odpoczynkowe dni miedzy praca i codziennością. I już minęły.
Kilka lat byliśmy jesienią w Tyrolu Wschodnim – w Austrii.
Tym razem chcieliśmy zobaczyć cos innego i wybraliśmy Alpy 20 kilometrów dalej od „naszego” miejsca, ale po włoskiej stronie – Tyrol Południowy, niedaleko Cortiny, dolina Ahrntal, miejscowość Rein in Tauers.
Tyrol Poł. stracił w 1919 r. przynależność do Austrii i został przyłączony do Włoch. Do dziś Tyrolczycy uważają się bardziej za Austriaków niż za Włochów. Mówią po niemiecku, wszystkie napisy i nazwy są dwujęzyczne.

Jakoś od początku wszystko się odwracało przeciwko nam. Jakby Tyrol Południowy nas nie chciał.
Urlop zamówiony w lutym – krótko przed terminem okazało się, że hotel jest przeładowany. No super. Ale po kilku mailach – pani oferowała okoliczne hotele, ale nam się nie podobały  –  pozostało dla nas bez zmian.
Jurek miał problemy zdrowotne – o rany! możemy jechać? zostać?
Moja szefowa się pomyliła i zaplanowała mnie w dzień odjazdu do pracy – trzeba było szukać zastępstwa.
W drodze korki – polegaliśmy na nowoczesności nawigacji “automatycznym prowadzeniu” – i dwa razy zjechaliśmy według podanej propozycji. Super! zamiast 6 godzin jechaliśmy 10.
Na miejscu co rusz trafiały nam się też mniejsze i większe kłody pod nogi.
Wleźliśmy na górę, żeby zobaczyć zamek – a tu wstęp tylko z przewodnikiem. (więcej…)

Muzyczna przejażdżka.

Lipiec 14, 2013 @ 21:48 napisał(a): Beata Kategoria: Polskie, Wojaże i podboje nie ma komentarzy →

Wczoraj pojechaliśmy na dalszy wyskok, do Gladbeck, gdzie kiedyś mieszkaliśmy. Odwiedziliśmy dawnych przyjaciół i kawałek rodzinki.
Ot, taki weekendowy wyjazd – trzy godziny jazdy.
Jurek wrzucił polską muzykę. O rany, skąd on ją wygramolił?? To już nie była nostalgia, jak przy Grechucie, czy Czerwonych Gitarach. To było już archiwalne!! Haha.
Co tam nam wszystko śpiewało z samochodowego grajka! Nasi rodzice by się ucieszyli. Melodie z czasów kiedy byliśmy… dziećmi. Wiele nazwisk zupełnie zapomnieliśmy, jak Mieczysław Fogg, Irena Santor, Bogdan Lazuka, Jerzy Połomski, Halina Kunicka.
Aż się zdziwiłam, bo Jurek lepiej wiedział kto śpiewał niż ja, potem sprawdzaliśmy dane (ha, modna maszynka wiedziała wszystko i pisała na ekraniku).
Ciekawe, że pierwsze takty leciały, potem pierwsze słowa i już w głowie robiło klik, odpowiednia klapka się otwierała i nagle tekst muzykalnie opuszczał zakurzoną głowę prosto przez buzię. Ale było nam wesoło!!
Jak to możliwe, że po tylu latach pamiętamy teksty? (więcej…)

Polska 2013

Czerwiec 30, 2013 @ 20:42 napisał(a): Beata Kategoria: Polskie, Wojaże i podboje nie ma komentarzy →

MrągowoPolski urlop, to koło przez kraj i runda spotkań.
Byliśmy w Częstochowie u mojej szkolnej przyjaciółki – pogaduszkom nie było końca, do nocy.
U mojego taty były, dzięki ładnej pogodzie, posiedzenia pod jabłonką, przy smacznym torciku (podobno za dużo naponczowanym… acha, pewnie dlatego…). Jurek bawił się tradycyjnie… w doktora. Haha, nie co myślisz! Leczył z wirusów taty komputer.
W Mrągowie siedzieliśmy z rodziną i moją kuzynką, z którą spędziłam dzieciństwo, odwiedziliśmy groby, zrobiliśmy wycieczkę.
Nie udało się spotkanie z Kasią Enerlich, która była na dalszych spotkaniach z czytelnikami. No, ale… my na urlopie, ona przy pracy. Zawsze mówię, że urlop jest fajniejszy.
W Toruniu długie popołudnie z dawnymi przyjaciółmi, po kilku latach. Właściwie spotykamy się za rzadko, a tyle do opowiadania.
W luźnej i miłej atmosferze odbyło się inne spotkanie. Nie udało nam się sprostować jednej rzeczy, ale korzystną okazję przeoczyliśmy, a później jakoś już nie podeszło. Szkoda.

W Mrągowie mieszkaliśmy w hotelu Huszcza, bo w Anek nie było wolnych pokoi, więc wzięliśmy ten – sąsiedni hotel. Czysty przypadek. Był to kiedyś pierwszy hotel w mieście, a dziś rozbudowany jest na trzy skrzydła. To najnowsze powstało od września, czyli po naszym ostatnim pobycie w hotelu Anek i wprost przed jego oknami. Wtedy delektowaliśmy piękny widok na jezioro, dziś mają tylko cienki pas boczny na Czos. Szeroki widok ma teraz Huszcza – i ten hotel określiliśmy jako najlepszy z trzech nam już znanych (Molo, Anek i Huszcza). W pokoju 390 byliśmy pierwszymi gośćmi.
Hotel gościł w tym czasie trzy autokary niemieckich „emerytów”. Pozdrawialiśmy się sympatycznym „Guten Morgen”. Ale słuchałam chętnie i miło, kiedy zachwalali piękno Mazur. (więcej…)

Sri Lanka – świat Buddy i słoni

Kwiecień 30, 2013 @ 22:40 napisał(a): Beata Kategoria: Wojaże i podboje 2 komentarze →

Wschód świata jest nam jeszcze nieznany. Po Emiratach w zeszłym roku, ruszyliśmy tym razem dalej w Azję, na Sri Lankę – dawny Cejlon. Ale nazwa Cejlon pozostała nadal dla herbaty i banku.
Dużo czytaliśmy, oglądaliśmy w internecie – wszystko już „zwiedziliśmy” przed wyjazdem. Wreszcie ruszyliśmy.
Haha, z przesiadką w Dubaju – nigdy byśmy nie myśleli, że tak szybko tam wrócimy.
Osiem dni objazdowego zwiedzania kraju i osiem byczenia się nad morzem.
Grupa – poznaliśmy się dopiero na miejscu – 12 osób, była dość homogeniczna, 6 par w naszym wieku, mały autokar.
Trzy osoby opiekowały się nami: kierowca – a styl ruchu jest bardzo inny od naszego, świetny przewodnik – tubylec, który dużo i ciekawie opowiadał, a ja sobie robiłam notatki, żeby podzielić się z Wami informacjami w albumie (i samej nie zapomnieć) i jeszcze serwis-boy, który otwierał nam drzwi, pomagał wysiąść z autokaru, wydawał wodę, dekorował siedzenia codziennie kwiatkami, leciał z biletami do kas.
W czasie objazdu nie zmienialiśmy codziennie hotelu, tylko nocowaliśmy w trzech – co dało więcej spokoju, zaoszczędziło czasu pakowania, rozdzielania pokoi, wymeldowania itd.
Tegoroczna zima dała wszystkim nam w d…. Chociaż my jesteśmy rozpieszczeni i mimo zimna, wiosna u nas szła na siłę (przed wyjazdem kwitły już drzewa migdałowe), to jednak bardzo się cieszyliśmy na obiecane (prawie) równikowe 35 stopni. Co tam, urlop, to i upał pół biedy.
O rany!!! to było chyba piekło… tylko ładniejsze. 30 – 35 stopni i 85% wilgotności zatykało dech i moczyło ciuchy, ale szybko wyłączyliśmy wszelkie estetyczne odczucia. Mokre plamy, no i co? Wszyscy tak wyglądali. Jednak ciekawe, że nic nie było czuć. Pociliśmy się, klamoty schły i nosiliśmy dalej. Ot, egzotyka. (więcej…)